Thursday, March 17, 2011

Szymon Brzezowski - wywiad.

Photobucket


Wywiad ponizej to wynik wymiany kilku email'i z wokalista jednego z fajniejszych polskich zespolow, Identity. Zawsze lubilem jego poprzedni zespol Second Age, gdzies tam pewnie sa zdjecia z gigu w Katowicach, na ktorych widac mnie podrygujacego do coveru BOLD granego przez SA. Od jakiegos czasu chcialem zrobic wywiad z Szymonem i ciesze sie ze wreszcie sie do tego zabralem. Zaluje tylko ze musial =o to byc zrobione droga email'owa bo mam przeczucie ze o duzo lepiej by to wyszlo na zywo z dyktafonem. No coz, przynajmniej nie musielismy robic tego listownie...


1. Czesc Szymon. Powiedz cos o sobie na poczatek. Co sie u Ciebie dzieje ostatnio?

A nic. Wrócilismy dwa dni temu z krótkiego wyjazdu z Capital i jestem generalnie zmęczony. Przedświąteczna sraczka. Najpierw to jedzenie robisz, potem je wpierdalasz, a na koniec się zastanawiasz skąd opona heh. Poza tym staram się ogarniać i realizować w jak najlepszy sposób codzienne – być może prozaiczne - sprawy.


2. Spiewasz w Identity, zespole, ktory wielu uwaza za najlepszy Polski produkt eksportowy. Mysleliscie o tym zeby jakos sie zareklamowac poza Polska i wyrobic sobie dobra renome? Myslisz ze byloby to mozliwe w ogole? Ostatnio React! records oglosili ze wydadza plyty zespolow z Rosji i Ukrainy, wiec czemu Identity nie mialo by znalezc wydawcy w USA badz Zachodniej Europie? A moze po prostu szkoda zachodu?

Dziś nawet rozmawiałem z Pawłem z IOH recs. żeby szepnął tu i ówdzie o nas przy okazji rozsyłania promosów. Aczkolwiek zbyt wiele sobie nie obiecuję, bo umówmy się – nie jesteśmy zespołem wybitnie pracowitym i produktywnym. Co nie bierze się bynajmniej z olewania, ale głównie z problemu odległości + natłoku innych spraw. Pasztet siedzi w Warszawie, my tutaj. Nie mamy po naście lat, każdy ma swoje sprawy, praca, rodziny i trudno – nawet chcąc - zająć się konkretnie zespołem, który w efekcie funkcjonuje okresowo. Tak sobie mówiliśmy, że spoko, raz w miesiącu my się przejedziemy do Warszawy, raz Pasztet wpadnie do Wrocławia. Ale w tygodniu robię przez 10-12 godzin dziennie. To dla mnie dość przykre, ale więcej czasu spędzam bez dziecka niż z nim. W efekcie mam 8 dni w miesiącu + kilka wieczorów, które mogę sensownie zagospodarować i muszę wybierać – albo swój gig, albo pójść na czyiś, albo znaleźć czas dla dziecka. I prawda jest taka, że hardcore może poczekać, a Jasiek zaraz mi powie, że 'sorry tato, teraz to ja nie mam czasu'. Pewnie szkoda, bo chyba faktycznie najgorzej to nie wychodzi, rozumiemy się jako ludzie, lubimy ze sobą spędzać czas. Ale w życiu są rzeczy ważne i najważniejsze. To nie jest kwestia jakiejś tam regulaminowej hierarchii, tylko problem, że tak powiem, emocjonalny. Po prostu mimo, że lubię grać, chodzić na gigi itd. to jednak zawsze żałuję tych chwil kiedy nie ma mnie w domu.
Nie ma też co się oszukiwać - w świecie zespołów jest tyle, że towar eksportowy do szczęścia niepotrzebny. Przy bardziej metodycznym działaniu może i na Zachodzie Europy coś by się wskórało. No ale musielibyśmy grać próby, koncerty, a na razie trochę zażenowani jesteśmy grając setny raz 'Malfuntcion', bo nie jesteśmy w stanie chociażby nowego coveru zrobić. Poza tym wystarczy nam granie w Polsce, ludzie nas dobrze przyjmują i – jak sądzę – doceniają to co robimy.
Ja jestem zadowolony z tego co osiągnęliśmy. Przy czasie i energii jaką mogliśmy na to poświęcić nie mogę mieć pretensji o nic. Epa wyszła lepiej niż się spodziewałem, myślę, że to naprawdę dobre wydawnictwo, zarówno muzycznie, jak i jeśli chodzi o standard nośnika – winyl, papier, grafika, strona edytorska. Bez bufonady – wygląda to dobrze. Tutaj maksymalne propsy dla Agaty i Pawła za ryzyko, są chyba tak samo zadowoleni jak my. Mam nadzieję, że wyjdą na swoje.


3. W jednym z wywiadow z toba przeczytalem ze wyrosles z mowienia ludziom co maja robic. Rozumiem ze chodzi Ci o czasy kiedy byles w Second Age. Nie wydaje Ci sie ze wlasnie teraz, kiedy jestes starszy moglbys akurat przekazac cos pozytywnego mlodszym scenersom, jednoczesnie nie brzmiec jak wiedzacy wszystko 17 letni bufon?

Pewnie tak. Ale to bardziej kwestia jakiejś tam pokory, może też maniery. W sensie, że dziś jak już mam coś powiedzieć, to wolę być w zgodzie ze sobą a nie z etykietką. To chyba bardziej uczciwe. I szczere. Jak ktoś będzie chciał posłuchać - świetnie. Nie – też dobrze. Myślę, że nie każdy może się ustosunkować do rzeczy, które doświadczam. To są dość specyficzne, osobiste sprawy w kilku przypadkach – bo nie przesadzajmy, że wszystkie teksty to traktaty filozoficzne hyh. Ja też z kolei nie jestem aż tak skory, żeby się z tym uzewnętrzniać na każdym kroku. Wyrosłem z przekonania, że kawałki, które nie są o wegetarianizmie, są bezwartościowe, choć mój stosunek do tej chociażby sprawy jest jak najbardziej posi. I mogę to powiedzieć ze sceny, ale nie chcę robić z siebie tuby do mielenia sloganów. Oczywiście fakt, że piałem o edge przez tyle lat, a potem skompromitowałem – używając nieco dosadnego określenia - w pewnym sensie wszystko co mówiłem, ma wpływ na pewną powściągliwość i raczej skupienie się na sobie.
A zespół to taki acting out – mogę wyrzucić z siebie trochę emocji. Zarówno próbować je opisać, czy zapisać – co idzie ciężko z reguły heh – ale bardziej też chodzi o fizyczne wypromieniowanie nagromadzonej energii. Ruch, napierdol.


4. Teraz pytanie troche osobiste, nie musisz odpowiadac jesli nie chcesz. Jednoczesnie chce zaznaczyc ze ja w zadnym wypadku nie oceniem Cie czy cos takiego. Jakis czas temu przestales byc straight edge. Jak to sie stalo? Byles sxe dosc dlugo, wiec to na pewno nie byl typowy przypadek "kumple zaczeli pic piwo no to ja tez musze"? Ta decyzja dojrzewala w tobie czy moze podjales ja pod wplywem naglego impulsu?

Hmm... To pytanie na dłuższy elaborat. Ale jak ktoś chce poczytać... Do dziś to wszystko próbuję sobie jakoś poukładać. Heh, to trauma jak po wychodzeniu z bardzo długiego i zażyłego związku, w którym coś od pewnego momentu było nie tak. Myślę, że optyka zaczęła mi się zmieniać wraz z przyjściem na świat mojego syna. To wydarzenie pozwoliło, czy wręcz zmusiło mnie do przewartościowania wielu spraw, poprzestawiało hierarchię. Wiesz, inne rzeczy stały się nagle ważne, pewne sprawy zeszły na drugi plan, co nie znaczy, że zacząłem straight edge deprecjonować Zacząłem się między innymi - być może trochę bezwiednie - zastanawiać nad swoimi motywacjami jeśli chodzi o bycie edge, jaką wartość wnosi to do mojego życia, jednocześnie czując frustrację i brak fundamentu. Zaczęło mnie uwierać takie pytanie 'a dlaczego nie?'.Nie potrafiłem sobie na nie odpowiedzieć. A raczej nie potrafiłem odpowiedzieć 'dlaczego jestem edge'. Dojrzałem do takiej konstatacji, że straight edge było, częściowo, w moim przypadku formą wzmocnienia osobowości. Nie wiem, być może nigdy nie byłem w tym szczery. Od samego początku, od liceum, kiedy to było dość wygodnym sposobem, żeby się wyróżnić. Wiesz, w tym resorcie konkurencja była minimalna, więc się można było wozić. To do mnie dotarło, gdy ludzi wokół przestało to kompletnie obchodzić. Pije, nie pije, kogo to jebie, wszyscy mają ważniejsze sprawy. W pewnym sensie podobnie jak ja. Nie na zasadzie 'o, tera to mogę se poużywać, bo jest jakieś wytłumaczenie, a wogóle to edge jest dla frajerów'. Moje myśli, potrzeby absorbowało co innego. Zacząłem czuć wyimaginowaną presję. Mogę śmiało powiedzieć, że byłem uzależniony od opinii. Zresztą dalej mam z tym jakiś tam problem. Sytuacja była idiotyczna, bo nagle zacząłem się bać ostracyzmu, piętnowania, utraty jakiejś tam iluzorycznej pozycji. A z drugiej strony zastanawiałem się co ja jestem komukolwiek winien, mam swoje życie, swoje potrzeby, zobowiązania wobec bliskich, siebie i nikogo innego. Czułem dużo złości. Jak ten osioł rozmyślałem się 'no ta, ale co ludzie powiedzą?' Wiesz, ja przez tyle lat myślałem, że będę kurwa drugim Cappo hehe, a tu nagle jeb. Kurwa, wtedy do mnie dotarło, jak fatalnie to wszystko rozgrywam. Nie wiem, czy ten selling out to nie był taki po prostu oczyszczający bunt przeciwko czemuś, co w moim – podkreślam – świecie stało się dogmatem, czymś, co przestałem rozumieć i z czym sobie nie radziłem. Jakąś etykietką, która mnie towarzysko zabezpieczała, choć te moje relacje z ludźmi były ewidentnie źle ułożone. Byłem niewolnikiem opinii, choć przypuszczam, że moja osoba mało kogokolwiek obchodziła. Wiesz, ja przezywałem, że ludzie będą gadać o moim złamaniu ostrza – co zresztą i było jakoś tam skomentowane, pewnie ktoś tam też coś gadał za moimi plecami - ale jakoś nie pokojarzyłem, że tak naprawdę mało kto się mnie kiedykolwiek o rzeczy dla mnie ważne pytał, interesował się tym. Zresztą towarzysko jakoś w hc się nigdy nie odnajdywałem. Tu panuje niby silny etos przyjaźni, załóg etc. Dla mnie to był trochę taki enturaż, ale chyba nie coś namacalnego. Prawdę powiedziawszy nie wiem, czy mogę powiedzieć, że miałem tu choćby jednego przyjaciela. To słowo w ogóle mocno nadwyrężane. Mam może z jedną, dwie osoby, z którymi czuję jakąś więź, rozumiem się, mogę pogadać. Znam kilka osób, które są wartościowymi ludźmi, ale z którymi się po prostu raz na jakiś czas widuję i z którymi fajnie jest poprzebywać, ale to trochę za mało na jakieś głębsze relacje.

Z drugiej strony chwilami z pewną cichą zadzrością myślę o ludziach, którzy są edge i – być może – odkryli w tym sens, którego chyba nigdy do końca nie znalazłem. Albo, który gdzieś po drodze pogubiłem. Choć takich typów jest niewielu, kilku być może, bo tak poza tym to specjalnie nie widzę jakichś autorytetów. Bo to, że ktoś jest X lat edge to nie jest dla mnie wartość sama w sobie. Ludzie w ogóle lubią sobie te wszystkie łatki przyczepiać, żeby dorabiały im trochę tożsamości. Jak obedrzesz paru typów z 'edge', 'punk', 'hardcore' + kilku shirtów, to co zostanie? Ja się właśnie bałem, że w moim przypadku niewiele.
Czasami chciałbym wrócić do tego dreszczu, który mnie przeszedł, gdy pierwszy raz usłyszałem YOT. Nawet nie muzykę, ale samą nazwę. No ale to jest przekleństwo wspomnień heh, bo dziś jestem innym człowiekiem, z innym bagażem doświadczeń.


5. Tak jeszcze troche ciagnac ten temat. Teraz chyba latwiejsze jest to cale "sprzedawanie sie" niz kiedys? Sam pamietam jaki "out cry" byl kiedy nadeszla wiadomosc o tym ze mlody Fakir przestal byl straight edge. Zreszta sam bralem w tym udzial, co patrzac z perspektywy czasu, nie jest czyms czym chcialbym sie chwalic. Jedni by powiedzieli ze jest to kolejna oznaka tego ze hardcore teraz jest taki rozwodniony i dzieciaki nie dbaja o wazne sprawy, co moze i jest po czesci prawda. Ale jesli chodzi o straight edge to dla mnie jest to taki pozytywne przejscie do spogladania na sxe jako osobista sprawa jednostki, ktora mysli samodzielnie niz budowanie jakiegos ruchu, ktorego ludzie sie trzymaja bardziej ze strachu przed napietnowaniem niz ze szczerej checi uczestniczenia w nim.

Pytanie co to są te ważne sprawy. Perspektywa jest zmienna. Bycie straight edge samo w sobie o czym świadczy? To można interpretować na setki sposobów. Brać pod uwagę aspekt społeczny, osobisty, ideologiczny. Znam taki edge, z którym w życiu nie chciałbym mieć nic do czynienia. I jest ten, w którym uczestniczyłem, i z czego jestem dumny. Dlatego nigdy nie traktowałem tego jako sprawy 'ważnej' w sensie obiektywnym, absolutnym, uniwersalnym. Nie wiem, czy akurat to, że ludzie przejmują się faktem, czy ktoś jest edge, czy nie, można traktować jako dowód poziomu jakiejś głębszej refleksji w dzisiejszej scenie. Hmm, nie wiem, czy kiedykolwiek pokusiłbym się o konstatację, że dzięki straight edge świat jest lepszy. Dzięki temu, że jest mniej najebanych rodziców katujących swoje dzieci tak. Ale straight edge nie robi kogoś z automatu porządnym człowiekiem. Jak ktoś jest chujem, to mu nucenie Judge, abstynencja i iks na dłoni w zaprzestaniu takiej czynności nie pomogą. Dla mnie to miało i ma wymiar osobisty. A ewentualne plusy dla otoczenia to wartość dodana.
Mnie się jakoś specjalnie ten numer z Fakirem nie podobał, w sensie taki inkwizytorsko-donosicielski klimat – jak to Ty, to bez urazy hehe - ale też bez przesady, nikomu nie przypisywałem chuj wie jak złych intencji, raczej ot takie tam złośliwe jaja. Znam chłopa, w porządku człowiek. Ale akcję z HYE traktowałem też trochę na zasadzie 'mieczem wojował...', biorąc pod uwagę cały sztafaż, jakim operowano na Górnym Śląsku w drugiej połowie lat '90 hyhy. Kurwa, no zawsze jest tak, że im bardziej górnolotne deklaracje, tym bardziej głupio się z nich potem wycofać i na takie czy inne oceny trzeba być przygotowanym. Tym bardziej jeśli się coś robiło niejako publicznie. I mówię to też za siebie.
Mnie nie było łatwo zrezygnować z edge głównie na osobistym poziomie. Na zasadzie 'mieć ciastko, czy zjeść ciastko'. W pewnym sensie istotą życia jest dokonywanie ciągłych wyborów i rezygnowanie z jednych rzeczy na rzecz innych. Z jednej strony szanuję stałość opinii w wielu przypadkach, ale jeszcze bardziej wolną wolę. Byle być w zgodzie ze sobą.
No i takie sytuacje na pewno uczą pokory. Sam oceniasz i będziesz oceniany. Shall be judged.

Photobucket


6. Polska to ciekawy kraj, zgodzisz sie? Jak oceniasz nasza ojczyzne na przestrzeni ostatnich 20 lat? Co Cie przygnebia najbardziej a co daje nadzieje na lepsze jutro?

Przygnębia mnie 23% VAT, który nam tu wszystkim dojebią od stycznia. Nie ukrywam, że wkurwia mnie właśnie sfera zawodowa. Mam własną małą pracownię projektową – architektura, trochę dizajnu - i nieodmiennie odnoszę wrażenie, że ten kraj jest tak konstruowany, żeby się nie dało normalnie i uczciwie pracować. Poza tym irytuje mnie moje pokolenie dorobkiewiczów, dla których najistotniejsze tematy to ich plastikowe SUVy i ogrzewanie kominkowe w dworkowym domku katalogowym zasyfiającym krajobraz. Tak, poczucie estetyki Polaków mnie rujnuje psychicznie. Ten kompletny bajzel przestrzenny. Krasnale, jakieś solaria, wulkanizacje...
Z drugiej strony nie wyobrażam sobie wyprowadzki - choć czasami myślę, żeby to wszystko pierdolnąć i wyjechać do jakiejś Nowej Zelandii. Ale wygospodarowałem sobie tutaj kawałek przestrzeni i staram się wykorzystać ją jak najlepiej. W swojej pracy mam też jakiś tam minimalny wpływ na kształtowanie otoczenia, więc staram się z tego zrobić dobry – choć to względna kwestia – użytek, coby tylko nie narzekać.
Lepsze jutro? Wiesz czyją matką jest nadzieja heh. Dla mnie jutro to problem jak wychowam moje dziecko, jakie będzie miało dzieciństwo i z jakim bagażem pójdzie kiedyś w świat. Nad tym pracuję, a wierz mi, że to największe wyzwanie przed jakim możesz stanąć. I pewnie też największa obawa - jak się spiszę. Próbuję mu dać jak najwięcej wsparcia i miłości, bo wiem, że od tego zależy, czy sobie w życiu poradzi. I w zasadzie moje rozważania o przyszłości sprowadzają się do tego.


7. Powiedz mi jak bardzo lubisz plyte In My Eyes "Nothing to Hide"? Wedlug mnie to najlepsza plyta tzw. "old school revival", zgodzisz sie?

Ja nie wiem, czy to nie najlepsza płyta w ogóle hehe. Łączy w sobie wszystko to, co w hc najlepsze. Nie wierzyłem, że może coś takiego powstać. To taki punkt kulminacyjny. Kapitalni muzycy i jeden z bardziej łebskich kolesi przy mikrofonie. W moim osobistym rankingu chyba nic nie przebija tego longa. Ta płyta zamyka pewną epokę. A ten zespół był wyjątkowy. Jak kupiłem ich pierwszy long 'The Difference Between' to nikt nie słyszał jeszcze o opcji odsłuchania na ms hehe, Więc wziąłem w ciemno – chyba od Tomka Shinga na Good Riddance w Eskulapie - przeczytawszy jakieś tam recenzje i ady. Tyle wiedziałem. Był głód na kapele grające tradycyjny straight edge hc. Wtedy stwierdziłem nawet, że jakaś dziwna okładka jak na tamte lata hehe. Tzn. wiesz – oczekiwałeś live shotów itd. A to nawet nie przypominało stylu Pussheade. W domu odleciałem, wrzuciwszy to w nocy po powrocie. To była inna jakość. Przed nimi nikt tak nie grał. Po nich też. Przyszli i odeszli w dobrym stylu. Jeśli mógłbym sobie życzyć jakiegoś reunionu, to oni są na topie listy.

8. Patrzac na scene hc w Polsce teraz i porownujac ja do sceny powiedzmy w roku 1997 - jest lepiej czy gorzej? Co jest fajniejsze teraz a co bylo fajniejsze wtedy?

Jest kompletnie inaczej pod kilkoma względami. Chyba głównie ze względu na internet i swobodny dostęp do wszystkiego. Coś niebywałego, jak sobie przypomnisz '95 z pisaniem listów, przegrywaniem kaset etc. Dzisiaj byłem u rodziców, gdzie zostało całe poddasze moich klamotów i siadłem sobie w tym pogrzebać. Trafiłem akurat na listy, które ludzie do mnie pisali... Mam sporo rękopisów różnych dzisiejszych scenowych prominentów, emerytów wręcz hyh. Nawet myślałem, żeby to wszystko poskanować i porozsyłać tym ludziom. Bardzo fajne pamiątki. To było też takie bezpośrednie. Wołąg pisze na papierze 'jak chcesz możesz mnie również łapać na cośtam@cośtam'. 'Rónież' kurwa hehe. Ktoś sobie dziś wyobraża życie bez netu? Dzisiaj trudno mi za wszystkim nadążyć. Kompletnie nie mam czasu ani siły, żeby wyłapać te nowe zespoły, których kilka codziennie wyskakuje w sieci. Odnoszę wrażenie, że ludzie są trochę zmęczeni tym szumem i próbują jakoś wrócić do bardziej prostych sytuacji. Stąd chyba np. ten dość nagły powrót do demotejpów – może trochę sztuczny imho, bo w przeciwieństwie do winyla, którego pozycja być może przez sekundę jedynie była zagrożona, ich wartość wydaje się być wyłącznie sentymentalna. No ale o to chyba chodzi. Fajnie, że ludziom się chce, a nie tylko wjebać kilka numerów na ten przechujowy myspace. Choć przypuszczam, że sporo osób, które dziś na gwałt kupują magnetofon, całkiem niedawno wyprzedawało swoją kolekcję kaset hyh. Ale luz. Grunt, że ludzie mają z tego przyjemność. Żeby nie było - ja swój zbiór wciąż z sentymentu trzymam, choć rzadko korzystam, bo nawet nie mam gdzie tego na co dzień składować.
Z drugiej strony nie ma co też popadać w martyrologię, że kiedyś to był opór, a teraz łatwizna, pomijając, że są ludzie, których uznać można za prawdziwych kombatantów. Dobrze, że przepływ informacji i materiałów jest swobodniejszy, że ludziom, zespołom, muzyce, pomysłom jest się łatwiej przebić. Kurwa, jakie to było święto kiedy Adam Szulc ruszył z distro STC, gdzie na dzień dobry było raptem 5-10 edge cd's i to jeszcze takich, powiedzmy, nie pierwszoligowych. Dziś, jak mówię, ciężko nadążyć. Nie ma co się oszukiwać, że jest pewien przesyt. Pomijam fakt, że ze względu na obowiązki większość gigów mnie omija, ale i tak jest ich tyle, że nie sposób tego ogarnąć. Z pewnym sentymentem można pomyśleć o jeżdżeniu po różnych pipidówach na koncerty. Ensign w Krotoszynie dla 10 osób hehe. Ta partyzantka dawała może więcej dreszczyku – tłukłeś się na gig załatwiony na list, telefon stacjonarny. Nie wiesz, czy kapela dojedzie, bo komórek ot tak dostępnych nie było, granice z kolei tak.
Fajne jest dziś to co i wtedy było fajne – dobra muzyka, sensowni ludzie, fajne pomysły na życie. A słabe też to, co zawsze – mody na jakieś bzdury.

9. Z tego co mowisz wynika ze prowadzisz dosc nerwowy tryb zycia. Laczenie pracy i zycia rodzinnego sa pewnie dosc stresujace. W jakis sposob sie relaksujesz i rozladowujesz?

Kurwa, nie ukrywam, że mój zawód jest przechujowo stresujący. Mam kolegę architekta, 37 lat, jeden wylew, jeden zawał hehe. Odpowiedzialność kolosalna. Z jednej strony gąszcz jebanych polskich przepisów, z drugiej strony obawa, żeby komuś się coś na łeb nie spierdoliło. Albo nawet to, że się jebnę w projekcie, zamówione drzwi nie zmieszczą się na budowie i będzie pytanie – kto buli. Na szczęście do tej pory nie miałem takiej akcji, ale ile kurwa nocy nie przespałem w nerwach, to moje.
Z drugiej strony lubię swoją robotę, chcę ją robić porządnie i to też zajmuje sporo czasu i energii. Czas wolny to kwestie banalne – czytanie, filmy, muzyka. Wyspać się rano, zjeść coś dobrego, zobaczyć jakieś fajne miejsca. 7 lat temu wyjebałem z domu telewizor, żeby móc bardziej wartościowo spędzać czas, bo miałem tendencje do uzależnienia od tego gówna.
Mój syn jest teraz w takim wieku, że sam mogę też znowu poczuć się dzieckiem. Mam z kim oglądać n-ty raz Gwiezdne Wojny, Indy'ego, budować lego, czytać Asteriksy, Tintiny, jeździć na rowerach bez celu. Wszystko to, za czym tęsknisz z dzieciństwa. Ale szczerze, to zajebiście lubię też gotować. Serio, znajomi myślą, że jestem zjebem – chyba taki polski stereotyp, że facet przy garach - ale nie mam z tym problemu. Sporo czasu spędzam w kuchni, totalnie mnie to relaksuje. Co zresztą widać hehe.


10. To by bylo wszystko. Chcesz cos dodac od siebie?

Dzięki za Twój czas. Nie będę zapraszał na koncerty, bo gramy ich tak mało, że byłoby to bez pokrycia heh. Ale jeśli gdzieś w Twojej okolicy zobaczysz info o Identity i będziesz w pobliżu to wpadnij powiedzieć 'cześć'. Kotek twierdzi, że sprawiamy wrażenie buców. Zapewniam, że tak nie jest.

4 comments:

Malik said...

"Kotek twierdzi, że sprawiamy wrażenie buców. Zapewniam, że tak nie jest."

Kokotek - ten, ktory wyglada na najprzyjemniejszego na swiecie.


Dobre czytanko. Nie popieram sprzedawania sie ale popieram zrdowe myslenie. ciesze sie, ze polski porter zdrowo mysli. Szymek znaczy.

Piotr said...

dlatego wiem o czym mowie!

geminga said...
This comment has been removed by the author.
geminga said...

Pan Szymek jak zawsze bardzo skromny ;) a przeciez jeden koncert tu, w PrzepieknejPrawieKolumbii zdolalby rozpetac prawdziwa rewolucje obyczajowa, oswajajac dla odmiany, odrobine trzezwosci dla UjaranychKochan z kanadyjskiej kniei.
Milo czytac o pozytywnych przeobrazeniach swiatopogladu, dojrzewaniu, akceptacji samego siebie...i fajnie, ze chocby wirtualnie, dociera na koniec swiata taki sygnal o przyjaznie znajomym... hehe... pierwiastku kosmicznym...